wtorek, 19 sierpnia 2008

16.08 - Krajobraz po fiescie ;)

W te sobote chyba dopadl nas kryzys bo bylismy wyjatkowo leniwi ;) Wprawdzie wstalismy o 8.15 (naprawde ;P), ale zanim sie zebralismy, nacieszylismy wlasna lazienka i zjedlismy sniadanie w hostelu to bylo juz przed 11 ;)
Z troche leniwymi nastrojami (bo goraco), ale ciekawi miasta wyruszylismy na spacer. Daleko na szczescie nie musielismy chodzic - Mezquita byla tylko kilka krokow od schroniska ;) Dawny meczet, przerobiony na katolicka katedre jest ogromny. Najpierw zobaczylismy przepiekny dziedziniec drzewek pomaranczowych, a potem (za 8€!) weszlismy do katedry. Mozna sie zgubic w labiryncie "pocztowkowych" kolumn z cegly i kamienia, rozmiar tego pomieszczenia naprawde robi wrazenie. Na szczescie hiszpanscy Krolowie Katoliccy nie wpadli na pomysl, zeby zburzyc caly meczet, tylko jego czesc... Najpiekniejsze sa wlasnie elementy stylu arabskiego i, pozniejszego, mudejar (mieszanka sztuki islamu z chzescijanska). Nie ma co gadac, trzeba samemu zobaczyc ;P
Popoludniu poszlismy na kawe do malutkiej kawiarenki, potem wscibsko wtykalismy nosy w bramy i na male dziedzince (pelne kwiatow i azulejos), az dotarlismy do niestety juz zamknietego Alkazaru. Przez plot zobaczylismy konie (Kuba zdopingowany przez pare starszych Francuzow, wzial mnie na barana ;)), a nad rzeka wielka zgnilizne i smieci :/
Z piosenka z desperados na ustach postanowilismy zobaczyc pozostala czesc miasta, nie ta zabytkowa. Klimat dzielnic pozytywnie nas zaskoczyl - uliczki nadal byly waskie, bramy kolorowe, a z okien dobiegaly gwarne dialogi plotkujacych Hiszpanek.
Pod hostelem czekala na nas mila niespodzianka - el mariachi, czyli fajnie przebrany przystojniak z gitara wyspiewywujacy wesole piosenki i ballady dla gosci pobliskiej restauracji ;D Wrocilismy do pokoju przekonani, ze Cordoba jest naszym ulubionym miastem na dotychczasowej trasie :)

Ula

15.08.08 - Do imperium zielonych pomaranczy II

II - Flamenco w rytmie bebnow

Gdy narzekalismy na upal w Madrycie albo Toledo naprawde nie bylismy swiadomi tego co czeka nas w Andaluzji. Slyszelismy, ze tydzien przed naszym wyjazdem w Sevilli bylo ponad 46st C, ale tylko przez 3 dni. Cordobanskie 41st C w cieniu o 17tej mowi chyba samo za siebie.
Po wielu udanych konwersacjach z Hiszpanami bylismy gotowi na starcie z recepcjonista/ka w Albergue Juvenil :). Siec "schronisk" ( "" bo w Polsce jeszcze dlugo czegos takiego nie zobaczymy) stworzona przez regionalny rzad Andaluzji, to naprawde cudowny wynalazek. Za 16€ dostalismy: dwuosobowy pokoj z wlasna (idealnie czysta) lazienka, 1h wi-fi za 1€, sniadanie i lokalizacje 1min od Mezquity :o W bonusie bylo jeszcze okno z widokiem na piekna obdarta sciane i rozwrzeszczani Francuzi za sciana ale w obliczu takiego luksusu postanowilismy przymknac na to oko;)
Podczas krotkiego wieczornego spaceru po uliczkach zydowskiej dzielnicy i nad niestety strasznie brudnym i smierdzacym Gwadalkiwirem po raz kolejny przekonalismy sie, ze Hiszpanie maja kompletnie inne pojecie czystego srodowiska/otoczenia, niz my :( Spacer zakonczylismy na miejskim tarasie vis a vis Mezquity, na ktorym wyraznie szykowala sie swiateczna fiesta :) (15.08- jedno z najwazniejszych swiat w ciagu roku). Natychmiast zniknely wszelkie oznaki zmeczenia, smak zimnego piwa (nawiasem mowiac hiszpanskie piwo jest bardzo smaczne;) rowniez mial w tym swoj udzial:) Jak sie pozniej okazalo, zajmujac stolik mielismy 1,5h do ropoczecia imprezy ale nie bylo to takie bezsensowne jak by moglo:) Do szybszego picia sklonil nas rytmiczny dzwiek bebnow - procesja z wielkim oltarzem Matki Boskiej ruszyla dookola katedry. O ilosci niosacych go (miedzy innymi na glowach!) mezczyzn moglismy wnioskowac jedynie po rozmiarach konstrukcji i, wychylajacych sie co jakis czas zza kotary, butow. Maszerujaca w rytm orkiestry procesja zatrzymywala sie co jeden utwor zeby dac odpoczac niosacym oltarz.
Wrocilismy na zarezerwowane miejsca. Wystep podzielono na dwie czesci. Na poczatek spiew - podstawa flamenco. Dwie wokalistki wykonaly po kilka swoich interpretacji (bo wlasnie na tym to polega) w akompaniamencie profesora gry na gitarze (oczywiscie specjalnej do flamenco). Nastepnie taniec. Trzy dziewczyny przyprawily nas o opad szczek i chyba to one zakochaly nas w tym tancu. Rowniez mloda solistka z wachlarzami nie spuscila z tonu. Final to para 9/10cio-latkow, ktora wrecz powalila publicznosc na kolana...

Kuba

Ps. Piszemy z palma a mobilna wersja blogspota nie potrafi wstawiac zdjec, wiec czekajcie cierpliwie:) Dorwiemy prawdziwy komputer to pokazemy:)

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

tymczasowo

zyjemy. duzo sie dzieje ale teraz nie mamy mozliwosci o tym pisac. nadrobimy;)
Ula i Kuba

sobota, 16 sierpnia 2008

15.08. - Do imperium zielonych pomaranczy I


Wyświetl większą mapę

Dzisiejszy dzien podzielil sie na dwie czesci: stopowa i cordobanska...

I - Pizama, Fernando i I wanna see you sweat

Po nocnych wojazach dziewczyny wstaly punktualnie o 9tej i mimo ze Luci byla nadal w pizamie, to wszyscy bylismy juz gotowi do drogi. Uzaleznienie (moje zeby nie bylo;) ) od kawy zatrzymalo nas jednak w domu jeszcze na 30min.
Po krotkim poszukiwaniu otwartego sklepu, (bo przeciez Hiszpanie dzis swieduja) zakonczonym na stacji benzynowej, dziewczyny podrzucily nas na wylotowke Toledo w strone Ciudad Real. Calkowicie nie wierzyly ze uda nam sie cokolwiek tam zlapac a co dopiero dotrzec do Cordoby. Fernando, emerytowany lacznik hiszpanjkiej TV ze swiwtem (czyli stacjdmi zagranicznymi), zatrabil na nas jeszcze zanim zdazylismy sie na dodre rozlozyc przy drodze. Usmiechniety staruszek, ktory nigdy nie zrezygnowal z czerpania z zycia, powiozl nas swojau Laguna do samego Ciudad Real czyli jakies 100km. Siedzac z przodu, w przeciwienstwie do Uli, wiedzialem jak bardeo Fernando dociska prawy pedal do podlogi. Jak sie pozniej okazalo, bez wzgleda na kierowce, samochod czy nawat droge, srednia predkosc nie schodzi w Hiszpanii popizej 110km/h. W drodze przez Krulewskie Miasto natknelismg sie na przygotowania do festynu. Mlodzi i starzy, mezczyzni i kobiety, rodziny i kawalerowie - wszyscy ubrani w piekne tradycyjne stroje i dosiadajacy niespokojnych iberylskich rumakow. Na znak wszyscy ruszyli w jednym kierunku wiec rowniez na nas pora.
W Oplu Vectr'ze z hiszpwnskim malzenstwem ruszylismy w strone Puertollano. Z kazda minuta nasz hiszpanski byl lepszy i lepszy, poddalismy sie dopiero gdy gornicze miasteczko przypomnialo naszemu kierowcy o "Solidaridad" i "Leczu Waesie".
Najciezsza przeprawa czekala nas jednak na pustej drodze 50 km za Puertollano. Trzy pasy i prosta necily kierowcow zeby docisnac pedal do oporu. Zatrzymal sie dopiero mlody robotnik w dostawczym Tranzicie wypelnionym hiszpanskim techno. Nieustajace "I wanna see you sweat" rozsmieszalo nas jeszcze dlugo pozniej w Cordobie.
Ula pro forma (bo jeszcze nie bylismy nawet calkiem gotowi) machnela na pierwszy czy drugi nadjezdzajacy samochod i to wlasnie syn wiozacy mame, dowiozl nas do miasta.

Dalszy ciag dnia wkrotce...

Kuba

14.08. - Ulica po tolicy - Uledo ;)


Wyświetl większą mapę

Drugi punkt naszej hiszpanskiej przygody - jestesmy w Toledo! Wsiedlismy w pociag z samego rana, niestety okazalo sie ze to nie pedzacy 230km/h AVE ale "zwykly" pospieszny (choc i tak szybszy niz polskie). Juz na dworcu jestesmy pod wrazeniem - piekny budynek wylozony azulejos (wybaczcie ale slowo "kafelki" w ogole tu nie pasuje), z kolorowymi witrazami w oknach i roslinami. Nasz host - Luci - przyjechala po nas samochodem. Po zostawieniu plecakow w mieszkaniu zawiozla nas na miasto zebysmy sobie pozwiedzali (ona szla z kolezankami do biblioteki uczyc sie do egzaminu, co troszke nas zawstydzilo ;)) Ale coz - w takich sytuacjach mowi sie 'carpe diem' ;P
Z wielka bagietka w jednej, z nektarynka w drugiej rece pobladzilismy troche po uroczych uliczkach, az dotarlismy do katedry i zaplacilismy 7 euro zeby do niej wejsc. Bylo warto.
Spotkalismy sie z Luci i z kolezanka Nadea kolo 15. Alcazar niestety byl w remoncie, wiec nie mozna bylo wejsc do zabytkowej czesci. Pojechalismy jednak winda na najwyzsze pietro nowoczesnej czesci (biblioteki) i podziwialismy panorame miasta. Jednak najlepsze miejsce widokowe bylo dopiero przed nami - po drugiej stronie Tagu, wysokie skaly, z ktorych doskonale widac bylo cale Toledo od strony ogona (ksztalt miasta przypomina sokola). Nad miastem goruje akademia wojskowa, jak sie okazalo - alma mater generala Franco ;) To jest wlasnie sila CouchSurfingu - sami bysmy nigdy w to miejsce nie dotarli... Potem poszlismy w dol, do rzeki (okropnie brudnej :( ), siedzielismy na wielkich kamieniach i ploszylismy golebie ;)
Wieczorem przyszly kolezanki Luci i podczas gdy Kuba siedzial sobie przed kompem i ladowal zdjecia na bloga, my zabralysmy sie za gotowanie ;) Przychodzi do glowy piekne staropolskie przyslowie
"gdzie kucharek piec tam nie ma obiadu" (;P), ale w Hiszpanii najwyrazniej to nie dziala bo makaron byl rewelacyjny ;) usmialysmy sie bardzo, komunikujac sie w jezyku, ktory najbardziej przypominal Spanglish.
Kolo 23.30 dziewczyny pojechaly do znajomych, co sprawilo ze zaczelismy watpic czy faktycznie Luci da rade wstac o 9 zeby zawiesc nas na wylotowke. Dala rade :)

Ula

czwartek, 14 sierpnia 2008

13.0808 - Konska dawka sztuki

Po wczorajszych konsultacjach z hostami zapowiadal sie "pracowity" dzien. Przed sniadaniem chcielismy zobaczyc zmiane warty w wykonaniu gwardii krolewskiej ale niestety nawet pan straznik w smiesznej czapce nic o tym nie wiedzial, wiec ruszylismy (na dobry poczatek dnia ;)) na hiszpanskie sniadanie, czyli churros z czekolada w Chocolateria de San Gines. Bardzo tanio i calkiem smacznie, choc mnie po czekoladzie z dziwnym aromatem dziwnie rozbolal brzuch:/ (wiec ja wypilam ;P - dop. Ula ;))
Nastepny punkt programu to slawne Museo del Prado i jego gigantyczne zbiory. Bylo tego tak duzo ze mimo ze (jako obywatele UE:D) weszlismy za calkowite darmo, to po dwoch pietrach juz po prostu nie moglismy patrzec na cokolwiek :P A bylo na co bo na madryckich gwozdziach wisza takie slawy jak: Roger van der Weyden i jego Zdjecie z krzyza w 3D, Piter Lrueghel - Triumf smierci, ktory mozna zobaczyc na okladce Narrenturma Sapkowskiego, Francisco de Goya z ktorego dziel najbardziej przypadl nam do gustu Kolos i Perro semihundido, ktory wydaje sie tak bardzo pusty. Mi bardzo spodobalo sie malarstwo Josc´a de Ribera, ktorego malowane z przodu twarze schowane byly za pieknymi cieniami. Na sam koniec zwiedzania, Valeskes wraz z jego "komiksowa" kreska i wiatrem dodajacym niepokoju.
Po wyjsciu bylismy doslownie wypruci z energii i nawet nie chcialo sie nam szukac jedzenia choc oboje bylismy glodni. Skonczylo sie w Burger Kingu nieopodal i zestawach promocyjnych wsowanych na trawniku przed Real Jardin Botaniko w towarzystwie dwoch bezdomnych kotow zagladajacych nam przez ramie w "talerz". Nomen omen jeden z nich najprawdopodobniej dzieki nam znalazl mala wlascicielke:)
Tak potrzebna sjesta w Retiro, ktore jest najwiekszym parkiem jaki w zyciu widzialem (ma swoje wlasne ulice:o) minela dla mnie pod znakiem patrzenia pod nogi (niestety staralem sie za slabo - znowu:/) a dla Uli - blogiego snu pod sosenka.
O
statni kulturalny element dnia do rewelacyjna wystawa o Chalim Chaplinie w pobliskiej galerii. Moglibysmy spedzic tam godziny chocby na ogladaniu najlepszych fragmentow z jego filmow ale czas gonil a bilety do Toledo nadal na nas czekaly na Atoch. Myslelismy ze skoro to bilety na jutro to zalatwimy to w 10min i popedzimy do domu - nasze zludzenia rozwialy sie zaraz po odnalezieniu sali sprzedazy biletow wypelnionej kolejkami do kas. Trzeba bylo zdobyc numerek od 1 do 699 (kolejka) i poczekac na swoja kolej przy kasie (kolejka) - dobrze ze do wyjscia nie bylo kolejki. Wylosowalismy 086 - na tablicy pokazalo sie wlasnie 615... Po 30min czekania (na tablicy nareszcie pojawilo sie 001) glupawa miala sie dobrze i wcale nie miala sie ku koncowi. Stwierdzilismy ze to jest sposob na zadowolenie klientow - trzymajac w reku bilet nie myslisz juz o niczym innym niz tylko zeby uciec z wypelnionej zolwiami i palmami Atochy.
Po 50min bieglismy juz w strone Palos de la Frontera (Metro) bo wg. plany za 2h mielismy bys z powrotem na miescie na spotkaniu z madryckimi CSerami. W domu czekala na nas zaiscie Hiszpanska kolacja - krewetki w sosie majonezowo ketchupowym i malutkie mauze czyli wszystko to czego tak bardzo sie obawialismy przechodzc obok stoiska rybnego w pobliskim supemarkecie. Po poczatkowych problemach z dobraniem sie do tego wszystkiego (atakujace mnie krewetki;)) bardzo nam posmakowalo i zjedlismy prawie po talezu mauzy i polowie (taleza) krewetek:) Glownym motywem kolacji byl mecz Barcelona vs Wisla - niesety sromotnie przez Polakow przegrany:(
Sen przyszedl szybko - przed nami pierwszy dzien podrozy na poludnie:)

12.08.08 - Kafelki, pieriestrojka i zestresowani smieciarze

Pierwszy dzien w Madrycie! :D obudzilismy sie i Lore ani Miguela juz nie bylo, poszli do pracy. Na stole przemile kartki z wiadomosciami - "zrobcie sobie sniadanie i czujcie sie jak u siebie" :) zebralismy sie i ruszylismy na podboj wielkiej stolicy.

Miasto bardzo pozytywnie nas zaskoczylo. Wystarczy zejsc na chwile z glownej alei i odwrocic wzrok od wielkich, bogatych budynkow, zeby zobaczyc urocze, waskie i bezludne uliczki zabudowane kolorowymi, okwieconymi kamienicami. Zwiedzilismy sporo - plac Puerta del Sol z policja konna, Plaza Mayor z wielka piekarnia, Colegiata de San Francisco z pustynia zamiast ogrodu, oszalamiajacy Palacio Real z katedra, Plaza Espana z Don Kichotem na Rozynancie... Spacer byl wyczerpujacy, choc tlumu turystow, o dziwo, nie bylo, a pogoda do zwiedzania idealna - goraco, ale z silnym orzezwiajacym wiatrem. W jednej z uliczek upackalismy sie nektarynkami, na Plaza Mayor dostalismy po Sangrii, przy San Francisco swiatla nam cwierkaly zamiast stukac a w parku zrobilismy sobie pierwsza hiszpanska sieste ;)

Wrocilismy do domu pelni wrazen i rumiani na twarzach i zabralismy sie za gotowanie dla naszych gospodarzy... Jak to dobrze, ze mozna wyslac smsa do rodzicow i dzieki temu nie dodac mleka do plackow ziemniaczanych ;P obiad wyszedl pyszny, jestesmy z siebie naprawde dumni :D

Potem Lore i Miguel zabrali nas do miasta na piwo w... Irish Pubie :P knajpa byla pusta, ale bylo sympatycznie. Pozniej przenieslismy sie do innego miejsca, tym razem zatloczonego. Probowalismy nauczyc naszych Hiszpanow toastu "na zdrowie", ale po 15min jedyne slowianskie slowo jakie Miguelowi przychodzilo do glowy to "pieriestrojka" :D

W drodze powrotnej na przystanek zobaczylismy jakim szacunkiem w Hiszpanii darzona jest policja (ktorej tu jest multum) - smieciarze blokowali waska uliczke tak, ze radiowoz nie mogl przejechac, wiec latali jak szaleni od kosza do kosza zeby tylko umozliwic przejazd ;)

Z autobusu do domu poogladalismy troche "Madryt by night" - jak widac ma zalaczonym obrazku okolice Prado i dworca Atochy sa bardzo bogate ;)

Ula.




ZDJECIA


Katedra naprzeciwko Palacio Real



Dziedziniec Palacio Real



Bardzo spodobaly sie nam hiszpanskie tabliczki z nazwami ulic zrobione z azulejos

środa, 13 sierpnia 2008

11.08.08 - Latajacy odkurzacz z czerwona wiewiorka

Dzis znow czekalo nas bardzo dokadne zwiedzanie lotniska w Hahn. Jedyna mozliwosc pokonania tych 12km samochodem to podroz z mama Paula w jej drodze do pracy. Bylismy tam okolo 9tej a nasz samolot odlatywal dopiero o 15:45 - i znow podloga i kanapki a pozniej trawka i opalanie na sloncu:)
Pierwszy lot w RyanAir stwozyl w mojej glowie obraz najbadziej tandetnych linii lotniczych wszechczasow - nawet fajnie wygladajacy z zewnatrz (i fajnie ladujacy;P) samolot, byl w srodku plastikowy, skrzypiacy i brzmial jak stary odkurzacz na najwyzszych obrotach.
Lotnisko w Madrycie zrobilo na nas wielkie, doslownie WIELKIE wrazenie. To sie nazywa lotnisko a nie jakies tam pitu pitu w Hahn czy Katowicach;) Poczatkowe obawy o odnalezienie sie z Miguelem i Lore - naszymi hostami tutaj, zniknely zaraz po przekroczeniu drzwi wyjsciowych, w tym momencie moje zludzenia o jakichkolwiek umiejetnosciach w dziedzinie mowienia po hiszpansku rowniez legly w gruzach.
Znow trafilismy na cudownych ludzi:) Miguel i Lorie przyjechali po nas na lotnisko, z ktorego samo wydostanie sie byloby dla nas mega trudne, przeprowadzili nas przez metro co tez do prostych questow nie nalezy i na dodatek dali nam osobny pokoj w swoim cudownym mieszkanku wypelnionym plakatami i kadrami ze starych filmow:) Salada Rusa czyli ziemniaki, marchewka, groszek i duzo majonezu = pyszna hiszpanska kolacja, doprawiona pzepysznym winem z Cola czyli Calimocho (wrocimy to sie podzielimy przepisem). Na prawde nigdy bym nie pomyslal ze salatka mozna sie tak objesc;)
Na zakonczenie ogladnelismy bardzo... yyy... dziwny (cos w sam raz dla nas;) film "Czerwona wiewiorka". Gleboki sen na wielkim zapadajacym sie materacu poprzedzil pierwszy Madrycki dzien naszej podrozy:)
Kuba
ps. Piszcie do nas! - komenatarze nie bola;)

wtorek, 12 sierpnia 2008

10.08 - wiatraki, samoloty i herbatka w ogrodzie

Ale nie! Dzien dopiero sie zaczyna :D Paul pojawil sie punktualnie, to nasz samolot przylecial wczesniej. Tez przyszedl z kartonem z naszymi imionami i radosnie nas przywital, ale troche zrzedla mu mina jak sie okazalo, ze musi z nami po angielsku rozmawiac, nie po niemiecku ;) jednak moze to i dobrze, zwazywszy na to, co nam po chwili opowiedzial... Okazalo sie, ze byl na lotnisku dzien wczesniej o tej samej porze, bo... mnie zawsze mylilo sie Samstag z Sonntag... ;P wyszlo jednak na plus, bo wczoraj musialby isc do pracy a tak spedzil czas z nami.
Krotko mowiac - lepszego hosta sobie nie moglismy wymarzyc! Dostalismy wlasny pokoj (w ktorym btw miescila sie mala silownia i sauna), a po godzinnej drzemce zaoferowal niedzielne sniadanie z jego rodzina... Nastepny punkt "programu" to wycieczka - krotki spacer po jego miasteczku (Löwenscheid - tylko 300 mieszkancow!), a potem samochodem w doline rzeki Mosel, pelnej winnic i romanskich zameczkow. Przeszlismy sie po dwoch pieknych miasteczkach - Zell i Cochen, ktore owszem, byly pelne turystow, ale mimo to nie stracily swego uroku.
Okolica pelna jest nie tylko winnic, ale i wiatrakow!!! Zafascynowani wpatrywalismy sie z Kuba w wielkie ramiona, az nagle zatrzymalismy sie samochodem pod jednym z nich :D host sprawil nam nie mala radoche ;)
Po powrocie do domu zjedlismy zostawiony nam w piekarniku Auflauf, a wieczorem przyszli znajomi Paula i siedzielismy na zewnatrz przy herbacie. Rozmowa krecila sie wokol tematu ich podrozy do Dubaju i Omanu, wiec to wcale nie my jestesmy szaleni chcac stopowac w Hiszpanii ;)
Znajomi wyszli ok.23.30, ale nie, MY bysmy poszli od razu spac??? ;) Wsiadamy do samochodu i jedziemy na pobliskie wzgorze ogladac ladujace samoloty!!! :))) Bylo pieknie, stalismy zaraz pod plotem odgradzajacym nas od pasa lotniska... Wielki huk i kolorowe swiatelka na spodzie samolotu :) Pieknie :)
Usatysfakcjonowani i pelni wrazen wrocilismy do domu i nie mielismy zadnego problemu z zasnieciem... :) Pierwszy raz skorzystalismy z Couch Surfing jako goscie i poprzeczka zostala postawiona baaaaardzo wysoko ;)

Ula

10.08.08 - Naleweczka z granatem i nosorozec w plecaku...

1:54 rano - "homo nieprzytomnus" chyba w tej chwili tak bym sie wlasnie okreslil, zreszta obojgu nam mocna kawa wypita w pospiechu pomiedzy myciem zebow a ubieraniem butow, bardzo pomogla. Zaraz potem wrocil wyjazdowy entuzjazm a po 2h oddawalismy plecaki usmiechnietej pani z fioletowa plakietka WIZZAIR.
Stojac w (zadziwiajaco szybko przesuwajacej sie) kolejce do kontroli bezpieczenstwa slyszymy polski glos, dobiegajacy juz zza otwartych drzwi sali odpraw:
- Halina! Halina! Chodz ze, trzymaj! Nie moge tego.
- Czemu?
- Bo to jest latwopalne...
Zdziwiona mina kobiety trzymajacej teraz 5-litrowy baniak z domowym winem... eh szkoda ze nie mamy jej na zdjeciu.
Z jednej strony znudzeni gapieniem sie w sufit poczekalni, z drugiej popedzeni zapachami swiezego pieczywa w lotniskowych (mega drogich) kawiarenkach, postanawiamy poszukac tu czegos wartego uwiecznienia na zdjeciu. "Nosorozec Indyjski" i "Walen Bialy", obrazki na scianach, przypominaja nam, zedy zaden z nich nie "zaplatal sie" przypadkiem gdzies w naszych plecakach.
Glupawka crew members przy instrukcji ewakuacji i (standardowo) emjonujacy start - lecimy. Wraca sen, jednak szanowny pan pilot nie mogl oprzec sie pokusie podzielenia sie z nami fascynujacymi statystykami: "DING! 800km/h, pare kilometrow nad ziemia, ladujemy za godzine.Dziekuje.DING!". Spimy dalej.
Na lotnisku w Hahn szczesliwe numerki plecakow to 12 i 31. Siadamy na podlodze poczekalni, wyciagamy kanapki i rozkladamy nasza pierwsza kartke: "Kuba & Ula - CS Polen". Czekamy na naszego pierwszego hosta - Paula.
Jest 7:30 rano a ja czuje sie jakby dzien mial sie juz ku koncowi...

Kuba

wtorek, 22 lipca 2008

szukanie sof in progress...

Czemu Hiszpanie postanowili opuścić swoje domostwa i podróżować akurat wtedy, kiedy my? :) Noce są ciepłe, ale jakiś dach nad głową w sumie by się przydał :P Couch Surferzy odezwijcie sięęęęę!!!! :)

wtorek, 15 lipca 2008

No to zaczynamy...

Przygotowania - bardzo lubię ten etap za jego w pewnej części bezużyteczność;) wiele z rzeczy które robimy teraz nigdy sie nie przyda, nie wydarzy, wielu ludzi do których teraz piszemy nigdy nie spotkamy... tak było z wyprawą do Rumunii w zeszłe wakacje i mimo zdobytego doświadczenia jestem pewien, że w tym roku będzie tak samo:) Jednak najważniejsze w przygotowaniach jest to, że to właśnie teraz buduje sie to cudowne napięcie i "niemogesiedoczekość" przed wyjazdem:) Rozesłaliśmy maile do pierwszej tury Hiszpanów i Hiszpanek, teraz pozostaje nam tylko czekać:)